W Nowym Jorku spędziłem w sumie kilkanaście miesięcy, w tym czasie zrobiłem kilkaset zdjęć.
Można oczywiście zadać pytanie czy warto próbować tego tematu. Przecież to niesamowite miasto zostało już sfotografowane przez najwybitniejszych fotografików, którzy pokazali prawie wszystko, co w nim najciekawsze i inspirujące.
Ja na to pytanie mimo wszystko udzieliłem sobie pozytywnej odpowiedzi w momencie, kiedy tylko wyszedłem na nowojorską ulicę trzymając w ręku aparat. Przez pierwsze dni pobytu patrzyłem na wszystko będąc, co tu się oszukiwać w delikatnym szoku. Z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej oswajałem się z miastem i ludźmi żyjącymi w jego specyficznym lekko nerwowym, czasem schizofrenicznym rytmie.
Nowy Jork jednocześnie przytłacza swoimi rozmiarami, przysadzistą architekturą i zagęszczeniem, a z drugiej strony rozbraja, pozwala poczuć się swobodnie. Dzieje się tak między innymi za sprawą jego mieszkańców tworzących mozaikę przeróżnych ras i kultur, korowód przedziwnych postaci, obnoszących swoją inność z ostentacją na granicy ekshibicjonizmu. Po prostu nie sposób nie robić zdjęć.
Jeśli chodzi o moją FOTOGRAFIĘ to zawsze najbardziej pociągał mnie reportaż. Dlatego więcej znajdzie się na moich nowojorskich zdjęciach ludzi niż samej architektury. Najlepiej sens tego oddaje jedna z moich ulubionych fotografii przedstawiająca fragment ulicy, na której stoją dwa spięte łańcuchem rowery. Raczej nie byłoby w niej nic wartego skupienia uwagi na dłużej niż dwie sekundy, gdyby nie pojawiła się na nim postać biegnącego chłopca, który niejako wdarł się w zwartą kompozycję obrazu.
To on „zrobił” to zdjęcie…
Poniżej plakat do mojej autorskiej wystawy, stare dobre czasy![]()






brak komentarze